USA trip, wycieczka po usa, stany zjednoczone, wyprawa do usa, zwiedzanie usa, wiza turystyczna, zdjęcia, przewodniki, bilety, samolot, wypożycz samochód, wypożyczalnia



USA trip, wycieczka po usa, stany zjednoczone, wyprawa do usa, zwiedzanie usa, wiza turystyczna, zdjęcia, przewodniki, bilety, samolot, wypożycz samochód, wypożyczalnia

Kto nas odwiedził?
USA trip, wycieczka po usa, stany zjednoczone, wyprawa do usa, zwiedzanie usa, wiza turystyczna, zdjęcia, przewodniki, bilety, samolot, wypożycz samochód, wypożyczalnia
RSS
 

Konkurs Blog Roku 2013

01 lut
Witajcie!


Konkurs Blog Roku 2013 - Jesteśmy na 15 miejscu

Bardzo zachęcam wszystkich do głosowania na blog USA Trip. Pamiętajcie wystarczy tylko jeden SMS o treści H00002 na numer 7122. Koszt 1zł+VAT (1,23zł). Zachęćcie do wspólnego głosowania również swoich bliskich i znajomych. Uda nam się. Walczymy do końca!!! Jesteśmy aktualnie na 15 miejscu w kategorii podróże z około 2700 blogów biorących udział w konkursie.



Dziękuję Wam bardzo i pozdrawiam
Szymon


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Konkurs Blog Roku

 

Chicago – Willis Tower, Millennium Park, Jackowo

22 lip
Dzień dobry Chicago!



Trasa - 22 lipiec

Całą noc z małą przerwą zajęło nam by dotrzeć z Badlands do Chicago. Zaniepokoił nas fakt, iż wyświetliła się kontrolka ze zbyt niskim ciśnieniem w jednym z kół. Zajechaliśmy więc na najbliższą stację i dopompowaliśmy wszystkie koła. Kontrolka na szczęście zgasła ;) Po drodze przejechaliśmy stany Minnesota oraz Wisconsin i ku naszemu zaskoczeniu dopiero po przekroczeniu granicy stanu Illinois zapłaciliśmy pierwszą opłatę za autostradę. Na całej naszej przebytej do tej pory trasie nigdzie nie zapłaciliśmy nawet centa za przejazd jakąkolwiek drogą oprócz mostu Golden Gate w San Francisco, ale to się nie liczy, gdyż mandat za przejazd bez EZ Passa pewnie przyjdzie dopiero za miesiąc.


Droga dojazdowa do Chicago była w opłakanym stanie, a i tak musieliśmy płacić na bramkach. Trochę poczuliśmy się jak w Polsce ;) Wszystko było w przebudowie, a na dodatek wszędzie tylko widzieliśmy znaki z ograniczeniem prędkości do 40 mil na godzinę. Z innych znaków z kolei odczytaliśmy, że przekroczenie tej prędkości karane jest grzywną minimum 275 dolarów i jest ona sprawdzana zarówno przez radiowozy naszpikowane techniką, fotoradary jak i helikoptery krążące nad nami. Dostosowaliśmy się więc do obowiązujących tam przepisów dzięki czemu mieliśmy więcej czasu by obserwować powoli pojawiającą się na horyzoncie panoramę “Wietrznego miasta”, gdyż takim właśnie mianem określa się Chicago.


Wszyscy byli zachwyceni, a najbardziej Michał, Dusia i Wojtek, którym oczy się swieciły na widok architektonicznych cudów, które mijaliśmy po drodze. Zaparkowaliśmy auto w samym centrum miasta przy ulicy South Wells Street zaraz obok Głównego Departamentu Straży Pożarnej, skąd mieliśmy zaledwie kilka kroków do najwyższego budynku w mieście. Mowa tutaj o Willis Tower czyli dawnej Sears Tower, która posiada 108 kondygnacji, a łączna wysokość budynku wynosi 527,3 m. Postanowiliśmy więc zacząć od tego właśnie miejsca i wjechać na 103 piętro, czyli tak zwany Skydeck. Zamontowane są tam wystające poza obszar wieżowca szklane balkony, na które można wejść i bezpiecznie przejść się 412 metrów nad ulicami Chicago. Początkowe wrażenie jest bardzo dziwne, aż strach postawić pierwszy krok, ale po upewnieniu się, że podłoże jest stabilne można śmiało wchodzić dalej. Zarówno z balkonów, jak i pozostałej części piętra roztacza się imponujący widok na całe miasto oraz na Jezioro Michigan, które jest największym słodkowodnym jeziorem USA i trzecim co do wielkości w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Gdy już wystarczająco napatrzeliśmy się z tak wysoka na miasto zjechaliśmy windą na dół i udaliśmy się w stronę Millenium Park.


Park Milenijny usytuowany jest nad samym brzegiem Jeziora Michigan, więc musieliśmy przedreptać 8 przecznic by tam dotrzeć. Po drodze mijaliśmy kolejne atrakcje: tak zwaną Pętlę (The Loop), czyli zamkniętą linię kolei nadziemnej, znak końca drogi Route 66 oraz The Art Institute of Chicago. Zwiedzanie parku zaczęliśmy od Crown Fountain, która składa się z dwóch ogromnych wież, po których w lecie spływa woda tworząc w ten sposób wręcz idealne miejsce, w którym można się schodzić w gorące dni. Wieże posiadają wbudowane ekrany, na których co jakiś czas wyświetlane są twarze mieszkańców Chicago, a z miejsc gdzie pojawiją się usta wydobywa się mocny strumień wody plujący na wszystkich chcących się nieco zmoczyć. Dodatkowy komfort w takim upale zapewnia świeża bryza wiejąca znad jeziora. Widać, iż nieodłącznym i najważniejszym elementem stwarzającym ten niepowtarzalny klimat są wiecznie uśmiechnięci ludzie, którzy grają w szachy, jeżdża na rolkach, grają w piłkę, opalają się i zwiedzają to piękne miasto. Idąc dalej przed siebie, podekscytowani szukamy “fasolki”. Jest i ona, ni stąd ni zowąd wyłania się nam z krzaków błyszcząc z daleka i odbijając promienie Słońca. The Cloud Gate, gdyż tak właściwie nazywa się ta stalowa rzeźba, której twórcą jest Anish Kapoor, wykonana jest ze 168 płyt ze stali nierdzewnej, które zostały odpowiednio uformowane i zespawane ze sobą, a następnie wypolerowane, tak by nie było widać łączeń. Jej wymiary to 10 x 20 x 13 metrów, a waży równe 100 ton. Jest ona umiejscowiona w centralnym punkcie placu AT&T Plaza, który swą nazwę zawdzięcza jednej z najbardziej znanych firm telekomunikacyjnych w Stanach – AT&T, która za prawa do jego nazwy zapłaciła, aż 3 miliony dolarów. Chyba przez dobre pół godziny lataliśmy z aparatmi dookoła, by uzyskać jak najlepsze ujęcia naszych odbić w tej wielkiej lustrzanej fasoli, którą tak nazwali spontanicznie mieszkańcy Chicago. Spojrzeliśmy na zegarki i okazało się, że jest już godzina 15:00, skierowaliśmy się zatem w stronę parkingu by dalej pojechać do motelu, w którym mieliśmy zarezerwowany pokój. Okazało się, że w pokoju brakuje dostawki, za którą zapłaciliśmy. Zapytaliśmy więc na recepcji czy możemy prosić, by ktoś nam ją dostarczył. Przemiła recepcjonistka nie chciała szukać pomocnika, który i tak ledwo znał kilka słów po angielsku i zaproponowała nam w zamian większy pokój z rozkładanym tapczanem. Dzięki temu zza okien zniknęła nam brzydka stacja benzynowa i pojawił się widok na ulicę West Belmont Avenue, która prowadzi wprost do polskiej dzielnicy Jackowo. Wymyśliliśmy, że wieczorem tam pojedziemy i zjemy wreszcie jakieś przysmaki z polskiej kuchni. Jednak, po szybkim sprawdzeniu kilku polskich restauracji dowiedzieliśmy się, iż w poniedziałki większość z nich jest zamknięta. Zmieniliśmy więc plany i za punkt wieczornej uczty wybraliśmy Hard Rock Cafe. Jedno z nas nie mogło pić alkoholu więc losowaliśmy patyczki do uszu. Jeden z nich nie miał wacika na czubku i trafił na niego Wojtek.
Zrobiliśmy sobie po drineczku i gdy wybiła godzina 21:00 albo nawet było kilka minut po, ruszyliśmy na miasto. Oczywiście pojechaliśmy ulicą Belmont, na której co rusz pojawiały się polskie napisy: “Mówimy po polsku”, “Polski Hardware” czy “Transformatory do Polski” ;) . Po kilku minutach jazdy wśród oświetlonych neonami budynków byliśmy już na miejscu, lecz niestety nigdzie w pobliżu HRC nie było miejsc do parkowania. Krążąc tak w koło wypatrzyliśmy stację BP, na której mogli parkować jedynie klienci. Weszliśmy więc do środka i zakupiliśmy 3 batony by być fair ;) Przeszliśmy na drugą stronę ulicy do pobliskiego McDonalda. Dość nietypowego, na co wskazywała również jego nazwa – The Rock N Roll McDonald’s – gdyż znajduje się tam wystawa poświęcona latom świetności Rock & Roll’a. Można tam zobaczyć między innymi gitarę Elvisa Presley’a i jego płyty, podobizny członków zespołu The Beatles ułożone w ten sam sposób jak na okładce albumu Abbey Road oraz Corvettę Peggy Sue z 1959 roku.
W Hard Rock’u zakupiłem kolejną szklankę do kolekcji po czym udaliśmy się do stolika. Zanim jednak złożyliśmy zamówienie Wojtek, Dagmara i Michał postanowili zrobić mi prezent w ramach podziękowania za zaplanowanie naszej wyprawy i złożyli się dla mnie na Hard Rock’owy zestaw do pokera, który od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Uśmiechnięta kelnerka przyjęła od nas zamówienie i już po kilku minutach na naszym stole zaczęły się pojawiać same przysmaki: grzaneczki Santa Fe, wędzone na orzechach skrzydełka kurczaka, cebulowe krążki, połówki ziemniaków w mundurkach z masłem i zieloną cebulką, kruche kawałki kurczaka w panierce z miksem sosów w tym guacamole oraz świeże chipsy kukurydziane, posypane serem monterey jack oraz cheddar i podawane z czerwoną fasolą, śmietaną, pokrojoną zieloną cebulą, papryczką jalapeños i sosem salsa. Michaś dobrał sobie do tego swoje ulubione piwko Leffe, ja wziąłem Budweissera, Marzenka jakiś kolorowy drink, Daga kawę z bitą śmietaną, a Wojtek Coca-Colę. W bardzo miłej atmosferze minęła nam reszta wieczoru i niestety o 23:00 zostaliśmy poproszenie o opuszczenie lokalu, gdyż już wszystko zamykali. Nic nam więcej nie pozostało jak wrócić do hotelu – znowu przez Jackowo – i przygotować się na kolejny dzień pełen wrażeń. Tym razem będzie coś dla naszych architektów i fanów czterech kółek.



Do usłyszenia
Szymon


Kolejne znaki do ChicagoPanorama ChicagoWillis TowerPokazujemy na T-shirt'cie gdzie aktualnie jesteśmyWidok na Jezioro MichiganPanorama miasta z Willis TowerTak sobie wisimy 412 metrów nad ziemiąSkydeckSkydeckSkydeckWracamy na dół, ale popatrzcie do góry ;)Modern art, takie tam jeansowe kwietnikiKoniec drogi Route 66Przy 'Fasolce'Hejka ;) Pozdrawiamy...Cloud Gate wyłania się z krzakówCrown Fountain w Millenium ParkCorvetta Peggy Sue z 1959 rokuKolacja w Hard Rock CafeWest Belmont Avenue - to tutaj znaleźliśmy polskie sklepyPolski HardwareMówimy po polsku ;)


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Devils Tower, Pomnik Szalonego Konia, Mount Rushmore, Badlands

21 lip
Witajcie… witajcie!



Trasa - 21 lipiec

Tym razem nie spaliśmy całą noc. Kto nie spał, ten nie spał ;) Najpierw połowę trasy przejechała Marzenka z Michałem, a następnie ja z Wojtkiem opanowaliśmy przednie siedzenia, by reszta w tym czasie mogła smacznie spać i wypoczywać. Pewnie nic Wam wcześniej nie wspominałem, ale prowadzimy system zmianowy, a mianowicie każdy kierowca jedzie z pilotem, który w razie jakichkolwiek problemów – głównie senności – jest w stanie go zmienić.


Jadąc kolejno przez miasta Cody, Buffalo, Gillette dotarliśmy około godziny 5:30 do miasteczka Moorcroft, gdzie zatankowaliśmy do pełna i posililiśmy się pysznymi pierożkami z farszem fasolowym oraz kawą. W tym też miejscu odbiliśmy z międzystanowej drogi 90 kierując się 35km na północ, gdzie znajduje się Devils Tower. Jest to komin wulkaniczny o wysokości 386 metrów licząc od jego podstawy. Posłużył on za lądowisko dla statków kosmicznych w filmie Stevena Spilberga pt. “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Próbowaliśmy z Wojtkiem obudzić resztę ekipy by mogli zobaczyć ten niezwykły twór natury lecz spali jak zabici. Wykonaliśmy więc kilka zdjęć z bliska i z daleka i wróciliśmy do drogi numer 90 by podążyć dalej na zachód w kierunku stanu Dakota Południowa.


Trasa - 21 lipiec

Około godziny 8:30 dojechaliśmy do miasta Custer, gdzie wbiliśmy na jeden z kempingów i na wkręta skorzystaliśmy z pryszniców i toalety. Zrobiliśmy również kolejne pranie, uporządkowaliśmy graty w samochodzie, zjedliśmy śniadanie na świeżym powietrzu i skontaktowaliśmy się z naszymi rodzinami by potwierdzić, że dobrze się czujemy i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po kilku godzinach zasłużonego odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Daleko w sumie nie zajechaliśmy, gdyż kolejna atrakcja była oddalona zaledwie 14km od kempingu. Mowa tutaj o Crazy Horse Memorial czyli Pomniku Szalonego Konia, który był wodzem plemienia Dakotów Oglala. Prace nad rzeźbą rozpoczął w 1948 r., na zaproszenie krewnego Szalonego Konia, wodza Dakotów Henry’ego Standing Beara, rzeźbiarz polskiego pochodzenia, Korczak Ziółkowski. Dziś prace te kontynuuje jego rodzina. Gdy zostanie ukończony, będzie największym na świecie pomnikiem. Rzeźba będzie miała 195 m długości i 172 m wysokości. Sama głowa, której wykuwanie zakończono w 1998 roku, ma 25 m wysokości. Dla porównania, znajdujące się 15 km na północny wschód głowy prezydentów wykute w zboczu Mount Rushmore mają wysokość 18 m. Projekt do 2007 roku kosztował łacznie 17 milionów USD, a pieniądze na ten cel zostały zebrane bez dofinansowania ze strony rządu czy jakiejkolwiek innej instytucji państwowej.


Na początku udaliśmy się do małego kina, aby obejrzeć film prezentujący historię powstawania rzeźby, a po seansie pozwoliliśmy sobie na zwiedzanie całego obiektu. Najpierw zaliczyliśmy sklepiki z pamiątkami, a następnie wyszliśmy na zewnątrz gdzie można było obejrzeć prawdziwych Indian prezentujących swój taniec. Z tarasu można również podziwiać oddaloną o jakiś kilometr rzeźbę i niestety ten widok musiał nam wystarczyć, gdyż był to najbliżej położony, niepłatny punkt widokowy. Oczywiście za kolejne 4$ od osoby można podjechać autobusem pod samą rzeźbę, lecz my stwierdziliśmy, że mamy przed sobą jeszcze inne atrakcje, na które również musi nam starczyć pieniędzy.
Tak więc pojechaliśmy dalej w kierunku wcześniej już wspomnianej góry Mount Rushmore, w której to Gutzon Borglum przy pomocy 400 robotników i rzeźbiarzy, wykuł głowy czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych: (od lewej) George Washington (początek budowy 1930), Thomas Jefferson (1936), Theodore Roosevelt (1939) oraz Abraham Lincoln (1937). Każde popiersie ma wysokość około 18 metrów. Prace nad tym przedsięwzięciem prowadzone były w latach 1927–1941, a jednym z pomocników, który również brał udział w tym projekcie był wspomniany wyżej Korczak Ziółkowski.


Wiedzieliśmy, że mamy jeszcze długą drogę przed sobą więc sprawnie obejrzeliśmy ogromną rzeźbę i wróciliśmy na parking. Michał poprosił mnie o kolejne współrzędne więc poinstruowałem go, że jedziemy do Badlands. Wybrałem drogę 16A czyli tak zwaną Iron Mountain Road, ze względu na roztaczające się z niej piękne widoki. Droga w niektórych miejscach jest bardzo wąska i kręta dlatego trzeba wykazać się wzmożoną ostrożnością i najlepiej powstrzymać się od wyprzedzania. Te wszystkie serpentyny i ślimaki sprawiły, że zrobiłem się senny i nawet nie wiem, w którym momencie zasnąłem.


Niestety nawigacja wyprowadziła nas w pole i dotarliśmy do południowej bramy parku, a mieliśmy przejechać obok Rapid City i wjechać do parku od północy. Szybko naprawiliśmy błąd i mijając po drodze kilka opuszczonych miasteczek wróciliśmy na właściwą trasę. Co prawda straciliśmy godzinę czasu i dodatkowo z powodu zmęczenia musieliśmy zrezygnować z wycieczki po szlakach Badlands, ale znajdując się w samym centrum parku mogliśmy zaobserwować jego niezwykły krajobraz, który jest wprost księżycowy. Ziemia jest tutaj bardzo spękana, a wapienne oraz piaskowe skały, które rozsiane są wokół przybierają niesamowite kształty: wieżyczek, wąwozów lub stożków. Indianie z plemienia Siuksów nadali temu terenowi nazwę „Maco Sica”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „złe ziemie”. Niedaleko parku położone jest miasteczko Wounded Knee, w którym to miała miejsce jedna z najbardziej okrutnych masakr Indian w Stanach Zjednoczonych. Żołnierze amerykańscy 29 grudnia 1890 roku zamordowali kilkuset nieuzbrojonych Siuksów – mężczyzn, kobiet i dzieci. W Badlands również zjedliśmy obiad, na który przyszło nam czekać około 45 minut. Najdłużej czekałem właśnie ja, gdyż zamówiłem spaghetti. Myślałem, że czas oczekiwania wynagrodzi mi jakość jedzenia lecz niestety i w tej kwestii się zawiodłem – makaron był rozgotowany i smakował jak woda z mąką. No nic w samochodzie czekają na mnie parówki ;)
Wyjeżdżając z Badlands wprowadziliśmy do nawigacji kolejne miejsce, a mianowicie Chicago, od którego oddzielało nas niecałe 1400km i 13 godzin jazdy. Zdecydowanie ten odcinek jest najdłuższym dystansem dziennym jaki przyszło nam pokonać do tej pory. Tak więc dobranoc wszystkim i do zobaczenia w Chicago ;)



Pozdrawiam
Szymon


Wieża diabłaWojtek i Devils TowerDakota Południowa wita nas - to już 7 stanPomnik Szalonego Konia - wodza plemienia Dakotów Oglala (na pierwszym planie finalna rzeźba wykonana w gipsie, a w oddali oryginał, które jest rzeźbiony od 65 lat przez rodzinę Ziółkowski)Pomnik Szalonego Konia, prace nad wykuciem samej twarzy trwały równo 50 latTipi w muzeum IndianMichaś chyba będzie walczył ;)Patrząc z bliska dopiero widać wielkość tej rzeźbyW tle rzeźba Szalonego Koniai foteczka z miejscowymi IndianamiDusia motylek ;)Mount Rushmore (wykute w skale głowy prezydentów USA, od lewej Washington, Jefferson, Roosevelt, Lincoln)Mount RushmoreWyjeżdżamy z Dakoty Południowej i ruszamy na podbój Chicago, mamy do przejechania około 1500 kmWitamy w Minnesocie ;)


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Park Narodowy Yellowstone

20 lip
Serwus!

Serdeczne pozdrowienia z parku Yellowstone!



Trasa - 20 lipiec

To już 19 wiadomość z zapisków pokładowych czyli od dnia wylotu z Polski minęło już 456 godzin co równa się 27360 minutom spędzonym razem w samochodzie, w tych samych pokojach hotelowych, wspólnym namiocie, przy jednym stole i na tym samym szlaku. To cudownie, że żyjemy!
Komputer pokładowy naszego wehikułu przygód wyświetlił, że prowadzimy go ponad 120 godzin, jednocześnie przemierzając ponad 5 000 mil szerokich autostrad i krętych dróg. Zdałem sobie sprawę z tego, że codziennie śpimy w innym miejscu. Jesteśmy Nomadami XXI wieku! Polecam jedynie wytrwałym.


Trasa - 20 lipiec

W parku Yellowstone jest bardzo czysto. Powierzchnie jeziora pokrywają lilie. W lesie ukrywają się miedzy innymi niedźwiedź czarny, grizzly, bizony i kojoty. Dziś zwiedzamy najbardziej znane gejzery na świecie. Jeden z nich, Old Faithful, wybucha co około 92 minuty. Miał wystrzelić o 15:04, ale kilkuminutowe jego opóźnienie spowodowało jeszcze większe podniecenie gapiów czekających na widowisko. W końcu wyrzucił wodę na kilkadziesiąt metrów! Wszędzie chyba tu był Szewczyk Dratewka bo śmierdzi siarką lub jak niektórzy twierdzą starym jajkiem i całą tablicą Mendelejewa. Gejzerów i wód termalnych jest tu pod dostatkiem. Podobno najpiękniejsze jest Grand Prismatic Spring oglądane z pobliskiego wzgórza, na które chcieliśmy się wybrać, jednak zawróciliśmy ze względu na cenny czas. W drodze powrotnej na skraju ścieżki napotkaliśmy małego węża, a samo jezioro postanowiliśmy obejrzeć z brzegowej kładki. Jest to jezioro z wodami termalnymi, których temperatura wynosi od 64 do 87°C. Położone w południowo-zachodniej części parku jest jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych miejsc parku Yellowstone, ze względu na feerię kolorów wody, porównywalną z rozszczepieniem światła przez pryzmat.


Nie da się tutaj jeść zdrowo. Chyba trzeba by było chodzić do najdroższych restauracji. Nawet ryba ma centymetrową panierke z tłuszczu, a sałatki są zwykle polane niezdrowymi i tłustymi sosami. Jesteśmy jak 5 pączków, które tocząc się, wszystkich Was pozdrawiają! :P
Drogę również zaszedł nam dziś BIZON! Był na wyciągnięcie ręki! Taki spokojny i dostojny! Całe dwa dni mówiliśmy właśnie, że chcielibyśmy go spotkać! Wjechaliśmy także na chwilę do Montany, by zatrzymać się w miejscu przez które przechodzi równoleżnik 45°.



Pozdrawiam San Miguel


P.S. A te gejzery to nam z ręki jadły! :P


Autobus Bruce'a - ziomka, któremu podebraliśmy miejsce namiotowe ;)Spring CreekDotarliśmy do Upper Geyser Basin ;)Doublet PoolBeach SpringEar SpringCzekaliśmy 5 minut, aż wybuchnie - Old FaithfulCastle GeyserCrested PoolBelgian PoolWesoło kroczymy przed siebieW tle Firehole RiverChromatic PoolGrotto GeyserMorning Glory Pool-Czesiu jak tutaj jest? -Przezajebiście... ładne kolorkinawet żmiję spotkaliśmy na szlakuKolejne baseny z ciepłą wodą, która osiąga nawet 95 stopni Celsjusza...Grand Prismatic SpringGrand Prismatic SpringPo drodze spotkaliśmy również kicakiWidok na Lower Geyser BasinJak widać zwierzęta nie boją się podchodzić blisko ludziMammoth hot springsMammoth hot springsMammoth hot springsRównoleżnik 45° - byliśmy w połowie drogi od Równika do Bieguna PółnocnegoCo prawda niedźwiadków nie spotkaliśmy, ale pod koniec dnia trafiliśmy na stado bizonów żerujących tuż przy drodze


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Salt Lake City

19 lip
Witamy wszystkich ze stacji benzynowej Flying J.



Trasa - 19 lipiec

Niestety nikt z nas nie jest dziś w dobrym humorze, wszyscy są niewyspani, połamani, a przede wszystkim każdemu zapewne doskwiera brak kąpieli. Na szczęście wybraliśmy jedną z niewielu stacji na naszej wczorajszej drodze i trafiliśmy w dziesiątkę – jest prysznic ;) Cena za pojedynczą kąpiel jest zastraszająco wysoka, gdyż wynosi 13$. Jednak nie na próżno się mówi “Polak potrafi”. Zakupiliśmy więc jedną kąpiel, z której skorzystała cała piątka i nikt na szczęście się nie zorientował, gdyż sprytnie się zmienialiśmy. Po relaksującym, gorącym prysznicu, rozejrzeliśmy się za czymś do jedzenia i po małym rekonesansie okazało się, że tuż obok znajduje się Denny’s, nasz ulubiony dinner. Na śniadanie jak zwykle wzięliśmy to samo, czyli jajka, tosty, pancakesy i orange juice.


Trasa - 19 lipiec

Gdy wszyscy już pojedli wsiedliśmy do naszego Chryslera i udaliśmy się w kierunku Salt Lake City, które było od nas oddalone o zaledwie 40 km na wschód. Udało nam się zaparkować w centrum miasta, zaraz przy Temple Square, gdzie następnie się udaliśmy. Temple Square to plac, usytuowany w ścisłym centrum Salt Lake City o powierzchni 4 hektarów, który należy do Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Na placu tym znajdują się między innymi Świątynia Salt Lake budowana przez 40 lat w latach 1853-1893, która jest najwyższą i najważniejszą świątynią Mormonów oraz gmach Tabernakulum, w którym odbywają się koncerty chóralne. Pomimo, iż zwiedzając Tabernakulum żaden chór nie śpiewał to i tak udało się nam doświadczyć fantastycznej akustyki tego miejsca podczas koncertu na organach, który właśnie się odbywał. Zanim jednak dotarliśmy na koncert obeszliśmy dookoła główną świątynię Mormonów i dostaliśmy się na wystawę poświęconą historii tego niezwykłego miejsca. Pewnie nie wszyscy wiedzą kim są mormoni czyli wyznawcy Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Tak więc założycielem i pierwszym prorokiem tego Kościoła był Joseph Smith, Jr., a jedną z najważniejszych różnic dzielących ten kościół od innych kościołów chrześcijańskich jest uznawanie Księgi Mormona za świętą obok Biblii, według której Chrystus nauczał w Ameryce swojej ewangelii oraz założył swój kościół podobnie jak w Palestynie. Członkowie Kościoła włączają się w normalne życie społeczne krajów, w których żyją. Wykonują różne zawody (jest wśród nich wielu lekarzy, prawników, biznesmenów, polityków). Członkowie nie powinni pić alkoholu, kawy, herbaty, brać narkotyków. Istotną rolę w nauczaniu odgrywa kwestia etyki seksualnej – za grzech uważany jest seks pozamałżeński oraz oglądanie pornografii. Mormoni również nie uprawiają hazardu, zakazane są wszelkie gry losowe.


Po godzinnym zwiedzaniu Temple Square pojechaliśmy na północ do oddalonego o niecały kilometr kapitolu stanu Utah. Budynek zarówno z zewnątrz jak i w wewnątrz prezentuje się naprawdę nieźle. Ten 5-piętrowy gmach posiada pięknie urządzone wnętrza. Wszędzie można napotkać obrazy w pozłacanych ramach oraz rzeźby, wśród których można wyróżnić statuę Philo T. Farnswortha, człowieka, który wynalazł telewizję. Natknęliśmy się również na ciekawą gablotę wypełnioną rekwizytami ze znanych filmów, które kręcone były na terenie stanu Utah. Były tam między innymi buty, w których biegał Tom Hanks odrywając rolę Forresta Gumpa, okulary, które nosił Tom Cruise wcielając się w rolę Ethana Hunta w drugiej części filmu Mission Impossible oraz Deklaracja Niepodległości z filmu Skarb Narodów. Na tej atrakcji zakończyliśmy zwiedzanie kapitolu i udaliśmy się dalej na północ żegnając Salt Lake City.
Jadąc dalej drogą numer 84, a następnie 89 przekroczyliśmy kolejno granice stanów Idaho i Wyoming. Niestety właśnie w tym drugim stanie spotkała nas niemiła niespodzianka, a mianowicie podczas gdy prowadziłem samochód przekroczyłem prędkość o całe 6 mil na godzinę. Pech chciał, że policja jechała z naprzeciwka i zdążyła zmierzyć moją prędkość. W lusterku zobaczyłem, iż radiowóz za nami zawraca i od razu wiedziałem co się szykuje. Funkcjonariusz zatrzymał nasz samochód i poinformował mnie o wykroczeniu, za które przysługuje mandat w wysokości 79$, płatny na miejscu. Jeżeli nie bylibyśmy w stanie zapłacić tej kwoty byłby zmuszony mnie zatrzymać na 24 godziny i wsadzić za kratki. Na szczęście jak się okazało i w Ameryce są normalni funkcjonariusze więc po długiej rozmowie, w czasie której potwierdziliśmy, że nie przekroczymy już więcej prędkości skończyło się jedynie na pouczeniu i byliśmy wolni. Oczywiście dalej jadąc mieliśmy cały czas oko na prędkościomierz i dotrzymaliśmy słowa.
Wyoming to piękny stan, dookoła tylko góry, lasy, potoki, jeziora i rwące rzeki. Po przejechaniu 50 mil od granicy stanu dotarliśmy do urokliwego miasteczka Jackson, które jest najbliżej położonym miastem prowadzącym do Parku Narodowego Grand Teton i dalej do południowego wjazdu do Parku Yellowstone. Napotkaliśmy tam na coś niezwykłego. W głównej części Jackson znajdują się cztery bramy zbudowane z poroży jeleni, które mogą podziwiać turyści przejeżdżający przez miasto, tacy właśnie jak my. Niestety czasu do zachodu słońca było niewiele więc Jackson sobie podarowaliśmy, natomiast zatrzymaliśmy się kilkanaście kilometrów za miastem przy punkcie widokowym by podziwiać pasmo górskie Teton, z najwyższym jego szczytem czyli Grand Teton, który mierzy 4199 m n.p.m. Gdy wreszcie przekroczyliśmy bramy Parku Narodowego Grand Teton była godzina 20:00. Po drodze udało nam się znaleźć jeszcze sklep spożywczy więc zatrzymaliśmy się by kupić trochę drewna oraz jakieś jedzenie.
Po kolejnych 2 godzinach dojechaliśmy do celu. Na kempingu co prawda nie spotkaliśmy na wjeździe strażników, ale udało nam się znaleźć jedno wolne miejsce. Rozłożyliśmy więc namiot i rozpaliliśmy szybko ognisko, gdyż temperatura spadła do 5 stopni Celsjusza i trzeba było się jakoś ogrzać ;) Usmażyliśmy kilka kiełbasek, wypiliśmy kilka kubków ciepłego Jim Beam’a i około północy podjechał do nas ogromny autobus szkolny. Jak się okazało miejsce, które sobie przywłaszczyliśmy nie było nasze tylko zarezerwowane przez Bruce’a, kierowcę autobusu. Po krótkich negocjacjach ustaliliśmy, że namiot może już zostać tam gdzie jest natomiast musimy cofnąć auto by autobus mógł się zmieścić na miejscu parkingowym. Jak się okazało ten wielki autobus posiadał tylko dwóch pasażerów, gdyż Bruce podróżował jedynie z żoną. Przyszli oni we dwójkę do naszego ogniska z butelką Tequili i zapytali nas skąd jesteśmy. Po opowiedzeniu o całej naszej podróży, wysłuchaliśmy historii Bruce’a, która była dość nietypowa. Bruce urodził się w stanie Kalifornia, natomiast większość swojego życia mieszkał w stanie Indiana. W wyniku kryzysu finansowego w 2008 roku stracił on dom i był zmuszony się przeprowadzić. Kupił więc stary autobus, który do dzisiaj służy mu za dom i postawił go na podwórku swojego znajomego w stanie Waszyngton. Teraz podróżuje on z powrotem do Indiany. Bruce po tak długiej podróży był bardzo zmęczony więc zakończyliśmy pogawędkę i również udaliśmy się spać. Ja z Marzenką postanowiliśmy spać w aucie na przednich siedzeniach, reszta natomiast położyła się w namiocie.



Dobranoc Yellowstone
Szymon


Salt Lake TempleSalt Lake Temple w przekrojuSłynne Tabernacle gdzie mieliśmy możliwość posłuchać kilku utworów muzyki klasycznejWojtuś przed Salt Lake Assembly HallKapitol stanu UtahPierwszy bizon przez nas napotkany...Kapitol stanu UtahThe House ChamberGłówne schody w kapitoluRekwizyty z filmów nakręconych na terenie stanu UtahOstatnie zdjęcie w Salt Lake City i pora w drogęwjeżdżamy do Idaho... 5 stanu na trasie naszej wycieczki... zostało jeszcze 10Kolejne na naszej drodze było Wyoming - stan misia YogiGrand Tetons w tleWesołki ;)Jeszcze tu wrócimy


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Koszty, Podróż

 

South Lake Tahoe, Carson City, Reno

18 lip

Trasa - 18 lipiec

Po dobrze przespanej nocy wyruszamy w dalszą drogę, dzisiaj czeka nas dłuższy odcinek do przejechania niż zwykle bo, aż 960 km, no więc w drogę!
Najpierw pokrążyliśmy trochę po mieście, a następnie udaliśmy się trasą dookoła jeziora Lake Tahoe, które usytuowane jest dokładnie na przecięciu stanów Kalifornia i Nevada. Pierwszy postój uskuteczniliśmy po przejechaniu zaledwie kilku kilometrów i zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym na zatokę Emerald Bay. Jest to niezwykłe miejsce, które urzeka swoimi widokami. Sama zatoka ma około 2,7 km długości i 1 km szerokości, a na jej środku usytuowana jest mała wysepka o wdzięcznej nazwie Fannette Island. To co wyróżnia najbardziej to głębokie na ponad 500 metrów jezioro to między innymi jego usytuowanie, gdyż jest ono położone na 1899 m n.p.m. oraz niezwykła przejrzystość wody, która w niektórych miejscach dochodzi nawet do 25 metrów.

Trasa - 18 lipiec

Po napstrykaniu kolejnej setki zdjęć pojechaliśmy dalej wzdłuż jeziora kierując się na północ. Dotarliśmy do zatoki Rubicon Bay i tam postanowiliśmy się trochę ochłodzić wchodząc do wody. Ku naszemu zaskoczeniu pomimo upalnego dnia woda miała zaledwie 10-15°C. Wybraliśmy więc bezpieczniejszą opcję – smażing! Po niecałej godzinie opalania ruszyliśmy dalej w trasę i po kilku minutach jazdy dotarliśmy po raz kolejny do granicy stanowej żegnając tym samym słoneczną Kalifornię. Szkoda było ją opuszczać, ale co zrobić, mamy przecież przed sobą kilka tysięcy kolejnych kilometrów do pokonania.



Następnym miejscem, do którego zajechaliśmy była stolica stanu Nevada czyli Carson City, w którym udaliśmy się do kapitolu, gdzie mieliśmy możliwość zobaczyć na własne oczy salę rozpraw oraz prześledzić na podstawie eksponatów oraz filmów i opisów całą historią stanu. Po tak wyczerpującej lekcji historii zlokalizowaliśmy chińską restaurację, a że zaraz obok znajdowała się myjnia samochodowa postanowiliśmy również po raz pierwszy odświeżyć nasz środek transportu z całego zalegającego brudu i kurzu. W restauracji bardziej przypominającej wyglądem obiekt typu fast food nasze zamówienie przyjął bardzo uprzejmy Pan (nie chińczyk) i od tego momentu cała kuchnia zaczęła wrzeć. Muszę przyznać, że jak do tej pory nie jadłem nigdzie indziej lepszej chińczyzny. Jak tylko ryż w osobnych naczyniach się kończył, to zaraz na stole pojawiały się kolejne porcje, aż miło było patrzeć jak obsługa się stara o klienta, co bardzo doceniliśmy zostawiając konkretny napiwek.
Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi więc korzystając, iż jest jeszcze widno szybko podjechaliśmy do Reno, gdzie w niecałą godzinkę przespacerowaliśmy się deptakiem. Największe małe miasto na świecie niczym nas jednak nie urzekło, ale i tak warto było zobaczyć jego mieszkańców chłodzących się w rwących strumieniach rzeki Truckee oraz grających w kosza na pobliskim boisku.
Tego dnia nie mieliśmy już żadnego postoju w planach. Jedynym naszym celem było wtedy tylko Salt Lake City, a raczej jakieś miejsce przed wjazdem do miasta gdzie moglibyśmy sie zatrzymać. Po 7 godzinach jazdy udało nam się zlokalizować malutki, przydrożny kompleks restauracyjno-paliwowy Flying J, gdzie postanowiliśmy zaparkować i przekimać w samochodzie. Zmęczenie dało o sobie znać i padliśmy jak muchy.



Do następnego posta ;)
Szymon


Nawet polski akcent się znalazł ;)Komunikacja miejska w South Lake TahoeW tle Emerald BayDusia i Fannette IslandFannette Island z bliskaWojtuś plażingujeWoda była dla nas trochę za zimna więc weszliśmy tylko po kolanaSan łapie wiatr w koszuleNajpierw plażing, potem smażing...I znowu wjeżdżamy do stanu pełnego hazardu i rozpusty...kaj teraz? jadymy na Carson ;)kapitol stanu Nevada w Carson CityProszę wstać sąd idzie ;PTrzeba sobie jakoś radzić z upałem...pewnie jakaś 6 liga NBASpacerujemy deptakami wzdłuż rzeki TruckeeReno - największe małe miasto na świecie ;)


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Parki Narodowe – Sekwoi i Yosemite

17 lip
Witamy wszystkich z Parku Sekwoi!



Trasa - 17 lipiec

Pobudka nastąpiła jak zwykle dość wcześnie, to znaczy około godziny 7:00. Zjedliśmy szybkie śniadanie z brzoskwiniami i nektarynkami w roli głównej, spakowaliśmy namiot i podjechaliśmy pod główny budynek na kempingu gdzie mogliśmy chociaż umyć zęby i zrobić szybką, skromną toaletę.


Trasa - 17 lipiec, Narodowy Park Sekwoi

Na szczęście pole namiotowe znajdowało się nieopodal pierwszego punktu, który mieliśmy w planie zwiedzić, tak więc po 20 minutach jazdy byliśmy już na miejscu, gdzie przejechaliśmy przez Tunnel Log czyli powaloną w 1937 roku sekwoję, w której to wydrążono dziurę, na tyle wielką by mógł się w niej zmieścić samochód osobowy. Tuż obok tej sekwoi leżała kolejna, której system korzeniowy robił niesamowite wrażenie. Kelejnym gigantem, który na nas czekał był conajmniej 2300-letni General Sherman, który jest największym drzewem na świecie pod względem objętości, gdyż waży około 1200 ton. Po krótkim spacerze wśród tylu potężnych drzew udaliśmy się dalej na północ w stronę Parku Narodowego Yosemite, zahaczając po drodze o jeszcze jedną sekwoję odznaczającą się z kolei obwodem mierzącym 32.8 m, mowa tutaj o drzewie General Grant nazwanym na cześć Ulyssesa S. Granta, 18. prezydenta Stanów Zjednoczonych.



Następnym punktem tego dnia był Park Narodowy Yosemite, gdzie zbaczając z głównej drogi i jadąc 30 km wgłąb zalesionych terenów dotarliśmy do Glacier Point – punktu położonego na wysokości 2199 m powyżej poziomu morza, z którego rozstacza się niesamowity widok na całą dolinę Yosemite. Idealnie z niego widać Half Dome – granitową skałę w kształcie półkuli, oraz kilka wodospadów spośród, których można wymienić z pewnością Yosemite Falls, szósty wodospad na świecie pod względem wysokości, mierzący 739 metrów. Zwiedzanie Parku zakończyliśmy pobytem w dolinie Yosemite oraz serią kilku zdjęć na polanie niedaleko pola namiotowego Lower Pines.


Trasa - 17 lipiec, Narodowy Park Yosemite

Kolejnym przystankiem było jezioro Tenaya znajdujące się na drodze nr 120 w odległości 70 kilometrów od Parku Yosemite jadąc w kierunku wschodnim. Zatrzymaliśmy się tam by zjeść kolację, a przy okazji mogliśmy w zupełnej ciszy i spokoju podziwiać tamtejszy krajobraz. Tafla jeziora była nieruchoma, temperatura około godziny 20:00 wynosiła zaledwie 10 stopni Celsjusza przez co powietrze znacznie się ochłodziło, dookoła nas widać było tylko ogromne świerki i sosny oraz szczyty pobliskich gór. Dokończyliśmy kolację i ruszyliśmy dalej w drogę, gdyż do następnego hotelu, w którym mieliśmy rezerwację były 3 godziny jazdy.



Droga nieco nam się wydłużyła przez co dotarliśmy do South Lake Tahoe około godziny 23:00. Wszyscy byli wykończeni, tylko ja z Wojtkiem byliśmy przytomni, reszta załogi smacznie spała. Zajechaliśmy pod hotel i udaliśmy się po klucze do pokoju, ku naszemu zdziwieniu recepcjonistka znała kilka słów po polsku, gdyż wielu polskich studentów korzystając z programu Work & Travel przyjeżdża właśnie w to miejsce. Otwierając drzwi pokoju naszym oczom ukazało się nieziemsko urządzone 20 metrów kwadratowych wraz z balkonem. Nie będę nic opowiadał zamieszczę w tym miejscu po prostu linka, a Wy sami oceńcie jak Wam się podoba Basecamp Hotel ;)
Na całe szczęście okazało się, że jest również i kostkarka do lodu, tak więc napełniliśmy lodem metalowe wiadro pełniące zazwyczaj rolę kosza na śmieci i po kilku minutach częstowaliśmy się zimnymi Budweiserami, jednocześnie wrzucając kolejne zdjęcia na bloga.



Dobranoc i Dzień dobry dla wszystkich w Polsce.
Szymon


Wjeżdżamy do kolejnego parku...... i robimy zdjęcia kolejnym gryzoniom ;)Tunnel Log - już myśleliśmy, że nie przejedziemyFallen Sequoia, Wojtek się o nią oparł i tak już to zostawiliśmyUwaga na misie...!!!Wymiary Generała ShermanaGeneral Sherman - najcięższa z sekwoi na świecie, waży około 1256 tonJak w przedszkolu ;PNa cwaniakaa tu Wojtek pokazuje jaki jest szeroki ;)General Grant - najszersza sekwoja na świecieTrafiły się i kojoty...Dolina YosemiteWidok z Glacier PointCzesio Podróżnik FOTA nr 10, Michał zgapia pozy Czesia bo wie, że są zajebiaszczeKolejne zwierzątko na naszej drodzeEl Capitan...Rwące potoki w dolinie Yosemiteno to teraz HOPwidok na Glacier PointZatrzymaliśmy się na kolację nad Tenaya LakeUpragniony odpoczynek... South Lake Tahoe godz. 2:00


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Dolina Śmierci

16 lip
Hejka wszystkim ;)



Trasa - 16 lipiec

Kolejny dzień się zaczyna i kolejne przygody na nas czekają. Co prawda spaliśmy w wygodnych łóżkach lecz samego snu mieliśmy zaledwie kilka godzin, a dokładnie około czterech. Nie jedząc nawet śniadania opuściliśmy Stagecoach Hotel & Casino i udaliśmy się w dalszą podróż odbierając wcześniej wpłaconą kaucję. Oczywiście przypomnieliśmy sobie by zegarki przesunąć o godzinę do tyłu zyskując trochę czasu ;)
Po przejechaniu 10 mil prostą jak z bicza strzelił pustynną drogą przekroczyliśmy granice Parku Death Valley, gdzie zlokalizowaliśmy zacienione miejsce ze stolikiem oraz ubikacjami. Było to wprost idealne miejsce na śniadanie. Przez około pół godziny wcinając nasze smakołyki w temperaturze wyższej niż 30 stopni byliśmy zupełnie sami. Jedyną osobą, która nas odwiedziła był strażnik, który przyjechał wybrać pieniądze z automatu, w którym można było zakupić wejściówki na teren parku.
Chcąc zdążyć przed południem, które wiązało się z największym skwarem ruszyliśmy dalej. Droga cały czas prowadziła w dół po pofalowanych pagórkach. Krajobraz dookoła nas jak najbardziej pustynny, tylko piasek i kamienie. Patrzymy na wzkaźnik temperatury na zewnątrz, który z minuty na minutę wyświetla coraz to wyższe wartości. Po pół godziny dojechaliśmy do małego miasteczka Furnance Creek gdzie zmuszeni byliśmy zatankować paliwo za astronomiczną cenę 5,36$ za galon. Jadąc dalej przed siebie dojechaliśmy do najniżej położonego miejsca w Ameryce Północnej – Badwater Basin, które znajduje się na wysokości 85,5 metra poniżej poziomu morza. Co prawda nie udało nam się znaleźć spękanej ziemi dobrze znanej z wielu zdjęć wykonanych w tym właśnie miejscu, za to natknęliśmy sie na drogę w kierunku Artistic Palette, gdzie można było obejrzeć skały, które wyglądały tak jakby ktoś na nie wylał litry benzyny, gdyż mieniły się różnymi kolorami tęczy, z których najbardziej wyróżniały się kolory niebieski i fiolet. To właśnie w tym miejscu odnotowaliśmy najwyższą temperaturę wynoszącą 114 stopni Fahrenheita czyli około 46 stopni Celsjusza. W tych warunkach nasz samochód zaczął również odczuwać minusy tak wysokiej temperatury, gdyż wskazówka temperatury silnika znacząco i bardzo niepokojąco wyginała się w prawo szczególnie przy stromych podjazdach pod górę.



Jadąc dalej przed siebie w kierunku Parku Sekwoi mijaliśmy po drodze uczestników ultramaratonu, który odbywa się co roku w lipcu na trasie liczącej 217km z Badwater do najwyższego szczytu kontynentalnych Stanów Zjdnoczonych – Mount Whitney. Oprócz maratończyków mieliśmy również okazję podziwiać testowy model BMW i8 w wersji hybrydowej, która była oklejona specjalną folią maskującą, tak by utrudnić rozpoznanie kształtów. Pewnie firma BMW wybrała ten rejon ze względu na ekstremalne temperatury – wręcz idealne warunki do testowania wytrzymałości silnika ;)
Kilkanaście kilometrów przed wjazdem do parku rozpościerały się ogromne kalifornijskie winnice ciągnące się, aż po sam horyzont. Oprócz winorośli mijaliśmy również przepiękne i pachnące sady mandarynkowe, brzoskwiniowe oraz nektarynkowe. Niezwykłym dodatkiem do całej tej scenerii były wciąż działające szyby naftowe, które na tym terenie codziennie wydobywają nawet do 560 tysięcy baryłek ropy naftowej, gdzie każda baryłka to niecałe 160 litrów. Licząc szybko w pamięci daje nam to około 90 milionów litrów “czarnego złota” dziennie, porównując obrazowo to tak jakby ktoś wypompował codziennie Jezioro Zegrzyńskie. Kilka mil dalej zatrzymaliśmy się przy straganie ze świeżymi owocami i warzywami i zakupiliśmy chyba 5-kilowy wór mandarynek, który prawie zniknął w przeciągu następnej godziny ;) One były po prostu przepyszne, a my okazaliśmy się amatorami mandarynek.
Kiedy Słońce zaczęło się już chować przekroczyliśmy granicę Parku Sekwoi. Wtedy to rozpoczęły się dobrze nam znane, nieźle pokręcone drogi. Na mapie, którą dostaliśmy od strażnika zaznaczony był kemping, w którym mieliśmy nocować. Wydawało nam się, że znajduje się on bardzo blisko, jednak ze względu na stromy podjazd oraz gęsto rozsiane ostre zakręty na miejsce dotarliśmy jak zwykle ciemną nocą. Po drodze podziwialiśmy olbrzymie drzewa zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, iż nie są to największe okazy znajdujące się w parku co podwójnie działało na naszą wyobraźnię.
Ta noc zdecydowanie różniła się od wszystkich poprzednich, gdyż ze wszystkich stron zostaliśmy uprzedzeni o grasujących w pobliżu niedźwiedziach. Musieliśmy więc schować do pobliskiej metalowej puszki jedzenie, kosmetyki oraz pozostałe przedmioty wydzielające jakąkolwiek woń w celu uniknięcia bezpośredniej konfrontacji z niedźwiadkami, które lubią dobierać się do cudzych smakołyków i nie tylko ;)



Pozdrawiam,
Szymon


Nikt oprócz nas nie odważyłby się jeść w Dolinie Śmierci w temperaturze 42 stopniJupijajej, ale GORĄCO!!!Czesio Podróżnik FOTA nr 9 - Na szczęście Czesio nie czuje ciepłaUdało się... najniżej położone miejsce w USA zdobyte ;)Badwater basinW najgorętszym miejscu Ameryki PółnocnejAkuku ;)Mistrz pierwszego planua w tle Artist's Palette45,5 stopnia na zewnątrz, na szczęście w środku klima działa pełną parą, tylko wskazówka temperatury silnika poszła lekko w prawoEureka ValleyI raz... i dwa...Temperatura w Dolinie Śmierci jest tak wysoka, że pali dosłownie wszystkoGdzie jest woda ???Nowy testowy model hybrydy BMW i8od tyłu też się ładnie prezentujeJoshua treeDroga w stronę FresnoElektrownie wiatrowe w środkowej KaliforniiPole naftowe niedaleko FresnoWiniarnie środkowej KaliforniiW stronę Parku SekwoiNamiot rozbity, czas na przyjemności


 
Komentarzy: 2

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Koszty, Podróż

 

Park Narodowy Zion

15 lip

Trasa - 15 lipiec

6:00 rano, odzywają się wszystkie budziki. Kolejka do łazienki ustalona, najpierw dziewczyny potem chłopaki, czyli tak jak zwykle ;) Na zewnątrz zimno więc odpowiednio się ubraliśmy, widno wszędzie lecz słońce jeszcze schowane za otaczającymi nas górami.


Gdy wszyscy już byli gotowi, poszliśmy na recepcję skąd poprowadził nas dalej, aż do miejsca gdzie rozpoczynał się spływ nasz przewodnik o wdzięcznym imieniu Hollywood. W ciągu kilku minut zostaliśmy poinstruowani jak należy się zachowywać podczas spływu. Usadowił nas w pontonie we wcześniej przemyślanej konfiguracji i dał sygnał do startu. Ja w międzyczasie próbowałem uruchomić kamerkę, która głównie była przenaczona na ten właśnie event, gdyż jest jedynym wodoszczelnym urządzeniem rejestrującym jakie posiadam. Niestety ubiegłego wieczoru zapomniałem jej naładować w wyniku czego zostało zarejestrowane tylko kilka sekund naszego spływu.
Teraz już płynęliśmy, a każdy z nas oprócz Dagmary siedzącej pomiędzy Marzenką, a Wojtkiem dzierżył w dłoni wiosło, którym na sygnał sternika Hollywooda odpowiednio wiosłował. Tak więc kolejno dochodziły do nas komendy w stylu: Five Forward… Two Forward… Three Backward!!! Hollywood również zadbał by podczas spływu nie zabrakło informacji dotyczących terenów które kolejno mijaliśmy w związku z czym odbyliśmy lekcję historii o czasach gorączki złota i dzikiego zachodu gdzie postrach na tych terenach siał sławny bandyta Butch Cassidy. Z każdym kolejnym zakrętem rzeki nurt robił się coraz to bardzie rwący, a fale coraz większe. Kilka razy nawet obróciliśmy się o 360 stopni i w pewnym momencie gdyby nie Dagmara to Wojtek prawie by wypadł. Prawie półtora godziny minęło, gdy dopłynęliśmy do miejsca, które okazało się metą. Wyciągnęliśmy więc ponton z wody i umiejscowiliśmy go na przyczepie, która wraz z rozlatującym się Chevroletem Express czekała już na nas na miejscu. Kilka minut później gdy Hollywood dowiózł nas bezpiecznie do motelu staliśmy już pod drzwiami naszego pokoju.
Szybko spakowaliśmy nasze torby, wzięliśmy ciepły prysznic po czym oddaliśmy klucz na recepcji i udaliśmy się na śniadanie do pobliskiego dinneru ;) Śniadanie wyglądało tak jak zwykle czyli two eggs over easy sunny side up with bacon i do tego wheat toasts oraz orange juice, a dziewczyny pancakes. Kelnerka była bardzo niemiła więc nie dostała napiwku.
Po obfitym śniadaniu udaliśmy się w dalszą trasę, tym razem musieliśmy się wrócić dobrze już nam znaną trasą 89, gdyż kolejnym naszym punktem był Zion National Park, który znajdował się w odległości 127 mil czyli 205 km na południe od Marysvale. W drodze do parku obwieściłem wszystkim, iż dzisiaj idziemy zdobyć górę o bardzo niebezpiecznym podejściu, której szczyt, a mianowicie Angels Landing, znajduje się na wysokości 1765 m n.p.m., a różnica poziomów wynosi 450 metrów. Słońce na miejscu tak paliło, że każdy z nas wziął po 2 a może nawet i 4 butelki wody, by tak czasem po drodze nie zasłabnąć. Oprócz wody zaopatrzyliśmy się również w odpowiednie obuwie oraz krem z filtrem. Busikiem odjeżdżającym z parkingu znajdującego się przy muzeum podjechaliśmy do przystanku o nazwie Grotto Trailhead. Tam z kolei przeszliśmy na drugą stronę drogi i przekraczając rzekę Virgin wkroczyliśmy na szlak prowadzący na sam szczyt.
Droga w obydwie strony zajęła nam około 3 i pół godziny, a trasa jaką przeszliśmy tam i spowrotem to około 8 km. Sam szlak na początku niepozornie był bardzo łatwy dopiero po przejściu pierwszego kilometra zaczęły się kręte, a czasami nawet wręcz pionowe podejścia. W trakcie pokonywania pierwszych dwóch kilometrów musieliśmy zrobić aż 3 przystanki, gdyż łapała nas zadyszka i musieliśmy regenerować siły oraz schładzać się wodą. Na szczęście po tych 2 morderczych kilometrach rozpoczął się kolejny odcinek szlaku, bardzo łagodny, pozwalający na odpoczynek naszym mięśniom ;) Mogliśmy dzięki temu również podziwiać naturę oraz niesamowite widoki. Jedną z żywych atrakcji były wiewiórki zwane chipmunk, które swobodnie biegały pod naszymi nogami i zwinnie przemieszczały się po pionowych ścianach skalnych. Wędrując tak w trzydziestokilko-stopniowym upale mijaliśmy lub wyprzedzaliśmy pozostałych podróżników, którzy z uśmiechem na twarzy pozdrawiają nas zwrotami “Hi!”, “How are you doing?” co z resztą było bardzo miłe przez co odwzajemnialiśmy się tym samym ;)



W pewnym momencie dotarliśmy do najniebezpieczniejszego odcinka naszej wspinaczki, gdzie zaczęły się łańcuchy, po których przemieszczaliśmy się w żółwim tempie coraz to wyżej po stromych skałach. Nie patrzymy pod nogi, gdyż wiązałoby się to z zawrotami głowy, które byłyby dla nas zabójcze. Po kolejnych kilku metrach dotarliśmy na szczyt przy czym towarzyszyły nam wybuchy niekontrolowanej radości z faktu, iż daliśmy radę. Usiedliśmy na skale i podziwiając roztaczające się widoki na pobliski kanion napstrykaliśmy tyle zdjęć ile tylko mogliśmy po czym udaliśmy się w dół tą samą trasą, którą weszliśmy. Dotarliśmy na sam dół, zanim jednak poszliśmy na autobus powrotny zahaczyliśmy z Michałem o rzekę i zamoczyliśmy w niej nasze opuchnięte stopy.
Wyprawa była wyliczona idealnie, gdyż jak tylko dotarliśmy do samochodu rozpętała się potężna ulewa. Przez całą tą wspinaczkę tak zgłodnieliśmy, że nasze żołądki zaczęły się same zjadać. Szybko więc zatrzymaliśmy się przy przydrożnej restauracji przypominającej miasteczko wprost z Dzikiego Zachodu. Zamówiliśmy ogromną pizzę otrzymując kartę z numerem zamówienia ‘six of diamonds’ czyli ‘szóstka karo’. Gdy przyszła pizza, nie jedząc nawet kawałka zamówiliśmy na wyrost drugą… i to był błąd, gdyż napchaliśmy się tą pierwszą, natomiast z drugiej tylko Wojtek podjął się zjeść jeden kawałek. By nie zmarnować jedzenia pizzę spakowaliśmy do auta i ruszyliśmy do pobliskiego westernowego miasteczka gdzie mogliśmy spędzić kilka minut w więzieniu lub saloonie oraz nakarmić i pogłaskać zwierzęta w nieopodal położonych zagrodach wśród których były między innymi osły, konie, lamy i koguty ;) Tym miłym akcentem zakończyliśmy przygodę w Zion National Park i ruszyliśmy dalej na zachód spowrotem kierując się w stronę Kalifornii, gdzie czekały na nas kolejne przygody.
Zjeżdżając z drogi stanowej nr 15 w miejscowości Moapa napotkaliśmy znak, iż przez najbliższe 150 mil nie ma żadnej stacji benzynowej, przez co musieliśmy zawrócić i zjechać do najbliższej stacji, gdyż po szybkich obliczeniach wyszło, iz nie starczy nam paliwa. Około północy dotarliśmy do miejscowości Rachel skąd w linii prostej można dojechać do strefy 51 lecz niestety kierowca z pilotem nie obudzili mnie, a gdy sam się ocknąłem byliśmy już kilkadziesiąt kilometrów dalej przez co podjęliśmy decyzję, iż nie zawracamy. Tak więc UFO tej nocy nie było nam pisane, może innym razem. Za to niebo oraz widok lśniących na nim gwiazd był niesamowity. Dookoła panowały egipskie ciemności, a najbliższe miasto znajdowało się w odległości około 70 km od nas dzięki czemu gwiazdy mieliśmy na wyciągnięcie dłoni, nie wspominając o księżycu, który wydawał się dwa razy większy niż zwykle ;) Będąc już niedaleko Doliny Śmierci postanowiliśmy skorzystać z jednego z moteli i porządnie się wyspać, gdyż sama wspinaczka oraz podróż w tak obładowanym samochodzie gdzie jakikolwiek ruch jest prawie niemożliwy lub ograniczony dawały się we znaki naszym kościom oraz mięśniom. Dagmara wpłaciła za nas kaucję i w pięć osób ulokowaliśmy się w pokoju 2-osobowym ;) Polak potrafi!



Pozdrawiam,
Szymon


Jeden z wielu cmentarzy starych samochodów, których pełno w stanie UtahKolejne złomowisko...Bo trzeba było poprowadzić asfalt...Wjeżdżamy do tunelu...... i wyjeżdżamyW drodze na Angels LandingCel naszej wspinaczki - Angels Landingbutelka wody i czapka z LA to podstawa ;)pierwszy etap wspinaczki za namiPółmetek za namiZ butelkami na pewno nie wejdziemy... musimy je gdzieś schowaćWspinamy się dalejZaczęły się łańcuchy, jest coraz ciekawiej, aż w głowie się kręciWeszliśmy!!!Udało się...Kontemplujemy i podziwiamy widokiNa lewo 350 metrów w dół, a na prawo tylko 50 metrów mniejMały odpoczynekNareszcie wracamy na dół...POZDRAWIAMY!!!smile ;)Jeden z wielu małych gryzoni, który towarzyszył nam podczas wspinaczkiWidok na dolinę Zion National Parka teraz trzeba zejść...a teraz machamy...przeprawa przez rzekę też byłaCzas na pizzę... numer naszego zamówienia to 6 KAROChyba jechaliśmy za szybko ;)Saloon MichałaWojtek zapoznaje tubylców


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 

Kanion Bryce i miasteczko Marysvale

14 lip
Dzień dobry Bryce!


Dzień jak zwykle rozpoczęliśmy od porannej toalety. Następnie dziewczyny przygotowały śniadanie, chłopaki w między czasie poskładali namiot, a ja zamieściłem na stronie kolejny post. Gdy wszyscy byli już gotowi zdecydowaliśmy się po raz kolejny pojechać do kanionu Bryce, który znajdował się dosłownie 5 km od naszego kempingu.



Po dotarciu na miejsce udaliśmy się tym razem w dół kanionu. Zeszliśmy tylko do połowy zdając sobie sprawę, że wejście z powrotem na szczyt będzie nie lada wyzwaniem. Naszym oczom ukazują się piękne rdzawo-pomarańczowe skały rzeźbione przez naturę już od ponad 40 milionów lat. Każdy w nich coś zauważył, ja twarz małpy, a Michaś Matkę Boską. Pstryknęliśmy kilka fotek po czym wdrapaliśmy się na górę i podjechaliśmy na chwilę do pobliskiego kościoła by się pomodlić, gdyż zorientowaliśmy się, że jest niedziela. Msza akurat się skończyła, lecz miejscowy proboszcz z diamentowym kolczykiem w uchu chętnie przyjął od nas ofiarę w postaci kilku dolarów. Po chwili ksiądz wziął miskę, która służyła jako kropielnica wylał z niej wodę święconą po czym nalał wody z kranu i dał się z niej napić wojemu psu ;)


Trasa - 14 lipiec

Jedziemy dalej drogą nr 12 w kierunku na zachód, a dokładnie do miejscowości Marysvale gdzie mamy zarezerwowany spływ pontonowy. Podróż jak zwykle nie mogła się odbyć bez żadnych niespodzianek, gdyż kilka saren postanowiło nam wyskoczyć na drogę i przebiec przed maską. Ponieważ pogoda znacznie się pogorszyła postanowiliśmy przełożyć spływ na 7:00 rano dnia następnego. Dzięki temu mogliśmy odpocząć i się zrelaksować co przy takiej wyprawie okazało się zbawienne.
Późnym popołudniem postanowiliśmy wybrać się na spacer wzdłuż rzeki, którą jutro będziemy spływać i dotarliśmy do potężnego semafora oraz losowo rozmieszczonych składów kolejowych, które jak się później okazało po rozmowie z tubylcem mają w niedługim czasie zostać przerobione na luksusowe pokoje. Pomimo zakazów wejścia postanowiliśmy z Michałem wdrapać się na semafor co stanowiło dla nas wyzwanie, gdyż sam semafor był bardzo niestabilny i bujał się na wszystkie strony, a Michał musiał dodatkowo stawić czoła swoimi lękom wysokości.
Miasto wygląda na mało zamieszkałe, gdyż natknęliśmy się dosłownie na kilka osób, a samo centrum składa się ze sklepu, motelu, stacji benzynowej i małego kempingu.
Wieczorem usiedliśmy wygodnie przed naszym pokojem i do późnej nocy opowiadaliśmy sobie różne ciekawe historie oraz wspominaliśmy dotychczasowo przebytą drogę oraz odwiedzone miejsca.
Dopiliśmy ostatnie piwka, nastawiliśmy budzik na 6:00 i leżąc w wygodnych łóżkach z myślami skierowanymi na jutrzejszy rafting padliśmy jak muchy.



Pozdrawiam,
Szymon


Bryce CanyonBryce CanyonBryce CanyonBryce Canyon, same męczyznyRodeo, niestety byliśmy w niedzielę ;(Kościół w Bryce CityW drodze na White Water RaftingNa tym zdjęciu widać jak diametralnie zmieniają się widokiSpacerek po Marysvale'Nie wchodzić' - tak pisało na znaku przy semaforze... San Miguel też się wdrapał ;)Droga stanowa nr 89Droga stanowa nr 89Wjazd do miasteczka od strony północyTo nie my zepsuliśmy


 
Brak komentarzy

Post zamieszczony przez Simi w kategorii Ciekawe miejsca, Podróż

 
 
ALABAMA ALASKA ARIZONA ARKANSAS CALIFORNIA COLORADO CONNECTICUT DELAWARE DISTRICT OF COLUMBIA FLORIDA GEORGIA HAWAII IDAHO ILLINOIS INDIANA IOWA KANSAS KENTUCKY LOUISIANA MAINE MARYLAND MASSACHUSETTS MICHIGAN MINNESOTA MISSISSIPPI MISSOURI MONTANA NEBRASKA NEVADA NEW HAMPSHIRE NEW JERSEY NEW MEXICO NEW YORK NORTH CAROLINA NORTH DAKOTA OHIO OKLAHOMA OREGON PENNSYLVANIA RHODE ISLAND SOUTH CAROLINA SOUTH DAKOTA TENNESSEE TEXAS UTAH VERMONT VIRGINIA WASHINGTON WEST VIRGINIA WISCONSIN WYOMING